Wywiad dla "Nowin Zabrzańskich" z panią Łucją Bartoszewską

Czcionka:

W ostatnim numerze "Nowin Zabrzańskich" znalazł się wywiad z naszą Panią Prezes- Łucją Bartoszewską. Zapraszamy do lektury.


 

- Od rozmów o śmierci nie umiera się – przekonuje Łucja Bratoszewska, prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Chorych „Hospicjum” im. Matki Teresy w Zabrzu. Od 20 lat ona i pozostali wolontariusze, dziś jest ich około czterdziestu towarzyszą zabrzanom w umieraniu. Nie z ponurą miną, ale zrozumieniem i uśmiechem. Bo hospicjum to wciąż, a może przede wszystkim życie.

Gościcie Państwo w domach ludzi umierających – w ostatnim stadium choroby nowotworowej i zapewniacie, że nie odbieracie nadziei. Jak to możliwe? Kłamiecie?

Właściwie: staramy się nie odbierać nadziei. A to trudne, bo naszym standardem jest prawda. Nadzieja, w trudnej sytuacji, a taką jest nowotwór zmienia się. Początkowo jest duża, na wyzdrowienie. Z biegiem czasu, gdy stan chorego się nie poprawia, gdy czuje, że rak się rozwija, gdy leczenie przyczyn staje się niemożliwe i gdy zostaje tylko łagodzenie objawów nadzieja staje się inna. 

Ale nadzieja na co? W chorobie nowotworowej wydaje się, że nadzieja jest tożsama z wyleczeniem, odsunięciem w nieokreśloną przyszłość własnej śmierci.

Kiedy już nie ma dużej nadziei, czyli tej na powrót do życia sprzed choroby, gdy pacjent zaakceptuje prawdę o swoim stanie zdrowia pojawia się nadzieja małego formatu: liczy, że ktoś przy nim będzie, ktoś pomoże, że będzie umiał żyć w chorobie, że nie będzie cierpiał, że dobrze prześpi noc. 

Nadzieja małego formatu to carpe diem, cieszenie się każdą chwilą?

Tak. Dokładnie tak. 

Jej kurczenie się jest związane z etapami akceptacji choroby? Hołdujecie Państwo prawdzie, więc teoretycznie u osób w fazie terminalnej marzenia o wyzdrowieniu nie powinny się pojawiać. To nieracjonalne.

To nie do końca tak. Po pierwsze choroba zaskakuje i w dochodzeniu do akceptacji trzeba właśnie pokonać różne etapy. Najpierw jest szok. Niektórzy nie pamiętają pierwszych 48 godzin od diagnozy. Później jest zaprzeczanie, czyli myśli w stylu: „to jest niemożliwe”, „jeszcze się wszystko wyjaśni”, „trzeba pójść do innego lekarza”. Kolejny jest gniew, złość na los, Pana Boga, na lekarza, który przekazał informację o chorobie. Po gniewie przychodzi czas targowania się, na przykład: „przestanę pić, jeśli wyzdrowieję”, „pójdę na pielgrzymkę”, „będę wspierał biednych”. Ale gdy nowotwór wciąż daje o sobie znać, pacjent popada w przygnębienie, często depresję. Po okresie smutku niektórzy dochodzą do akceptacji. Bywa jednak, że pacjenci zatrzymują się na etapie zaprzeczania, złości, smutku. 

Pozostanie w którym etapie jest najgorsze dla bliskich chorego?

To zależy. Dla mnie, profesjonalistki i osoby z boku najtrudniejszy jest etap zaprzeczania. Wówczas padają pytania: kiedy wyzdrowieję? 

Co Pani wtedy mówi?

No właśnie. To jest cała sztuka. Niewiele. 

Udaje Pani, że nie słyszy pytania? Zmienia temat?

Nie, po prostu mówię: rozumiem, że chciałby Pan wyzdrowieć. 

I dodaje Pani: ale to niemożliwe?

Nie. 

Czy to byłoby odbieranie nadziei?

Zamiast stwierdzać, sama pytam. Mówię na przykład: a jak Pan sądzi, kiedy Pan wyzdrowieje?

Dlaczego część osób zatrzymuje się na etapach poprzedzających ostatni – akceptację choroby?

W życiu wszystko jest procesem, także godzenie się z rychłą, spodziewaną śmiercią. Trudno jednoznacznie stwierdzić jakie są przyczyny takiego zachowania. Myślę, że nie wszyscy są gotowi, by przyjąć prawdę. Dla niektórych bywa zbyt straszna. Poza tym mechanizm zaprzeczania towarzyszy nam od trzeciego roku życia, trwa w naszej podświadomości i gdy jest potrzeba zostaje uruchomiony. To odruch obronny. Zaczyna działać, kiedy pojawia się wielkie napięcie, strach. 

Stosują go osoby słabsze psychicznie, nie potrafiące chwytać byka za rogi?

Być może tak. Ale to nie musi być reguła. Z prawdą jest tak, że w nas dojrzewa. W hospicjum zajmujemy się też ludźmi w żałobie i właśnie jednym z etapów jej przeżywania jest akceptacja faktu, że bliski człowiek definitywnie odszedł. Dochodzenie do takiego stanu może trwać kilka miesięcy, mimo że osoba pogrążona w żałobie była przy jego śmierci, na pogrzebie. 

O tym pisał Marcel Proust – że świadomość starty, a właściwie związane z nią uczucia   często przychodzą później, nie od razu.

Oczywiście, że tak. Znam mnóstwo opowieści świadczących o tym. Na przykład kobieta spiesząca się z pracy, by zrobić zakupy na obiad dla męża. Dopiero przed drzwiami mieszkania przypomina sobie, że on nie żyje od sześciu miesięcy. 

Jedna z obiegowych opinii mówi, że trudniej jest bliskim umierającego – bezradni obserwują jego zmagania z chorobą, ból, a na koniec sami muszą uporać się ze stratą. To prawda? Co jest najtrudniejsze?

Rodziny naszych podopiecznych żałobę zaczynają jeszcze przed śmiercią chorego, od momentu diagnozy, czyli jak mówią niektórzy – od ogłoszenia wyroku. Najpierw jest szok, potem następuje wylewanie uczuć, pojawia się poczucie winy. 

Poczucie winy? Dlaczego? Że zmarłego niedostatecznie kochaliśmy?

Na przykład. W żałobie przypominają się wszystkie trudne momenty, nie tylko z czasu choroby, a ponieważ nikt nie jest aniołem, przykre wspomnienia zawsze przychodzą. Poczucie winy to jedno z najtrudniejszych uczuć w żałobie. Później jest dezorganizacja, kiedy całe życie się rozpada – jest coraz gorzej, osoba pogrążona w stracie nie kontroluje tego, co się z nią dzieje, uczuć. Żałoba to nie cichy smutek, ale napady bardzo intensywnych emocji – żalu, lęku, złości, gniewu. Ostatni etap to reorganizacja – czyli wszystko znów zaczyna się składać, ale inaczej niż wcześniej. 

Ile powinna trwać żałoba? Jest limit czasowy, po przekroczeniu którego należało by pomyśleć o leczeniu?

Nie. Jest za to nieprzeżyta żałoba. 

Czyli?

Żałoba bez negatywnych uczuć. W bardzo krótkim czasie osoba, która doświadczyła straty wraca do normalnego życia. Albo ucieka w pracę, bierze się za poważne remonty. Przeżywanie żałoby wymaga niesamowitej energii, jest bardzo meczące, więc jeśli dołożymy sobie do niej nowe, forsujące obowiązki po prostu nie mamy już siły myśleć. Ale to wcale nie znaczy, że nie przeżyjemy uczuć towarzyszących stracie bliskiego. 

Nie można żałoby w ogóle nie przeżyć, ominąć jej?

Prędzej czy później będzie musiała być przeżyta. Jest taka zasada, że w żałobie leczące jest uzewnętrznianie uczuć. To jednak bardzo trudne i dlatego są osoby próbujące od niej uciec. Mają wrażenie, że od jej przeżywania umrą. Oczywiście to nieprawda, można i trzeba przez nią przejść. Mam w głowie setki przykładów ludzi po ogromnych stratach, którym udało się znów ułożyć życie. 

Ogromna strata to czyja śmierć? Matki małych dzieci?

Dziecka. W żadnym języku świata nie ma słów określających rodziców, których syn lub córka odeszli. Nie ma ich, bo to nienaturalny porządek rzeczy. To najtrudniejsza żałoba, może trwać kilka lat, a nawet nigdy się nie skończyć. 

Wracając do chorych: ktoś prosił Państwa o eutanazję?

Nie, choć czasami nasi podopieczni są zmęczeni bólem. Jednak gdy mają wokół siebie bliskich, gdy leczone są ich dolegliwości, mają nadzieję i siłę, by żyć do końca. 

Ale nadzieja i siła podczas długiego umierania wiążą się ze znalezieniem sensu cierpienia. Człowiek ma tendencję do racjonalizowania wszystkiego i gdy to się udaje jest mu łatwiej zmierzyć się z każdym wyzwaniem. Nawet śmiercią.

To prawda. Rzeczywiście, chcemy w każdej chwili kierować swoim życiem. I temu właśnie służy stawiane sobie przez chorych, na różne sposoby pytanie: dlaczego teraz? A nie ma przecież sytuacji, w której choroba przychodzi na czas. Z czasem pacjenci znajdują swoje odpowiedzi. 

Obwiniają wtedy siebie? Mówią, że to kara za złe uczynki?

Zdarza się, ale w przeszłości staramy się odnaleźć przede wszystkim dobre rzeczy. Niestety, nie każdy ma dodatni bilans życia, ale nawet wtedy szukamy pozytywów – wspomnień szczęśliwych chwil. To także rodzaj terapii, bo jeszcze raz można przeżyć dobry czas, wrócić do niego. 

Powiedziała Pani, że chory ma siłę i nadzieję żyć do końca, gdy otaczają go życzliwi ludzie. Czy legalizacja eutanazji może być przejawem atomizacji społeczeństw? Czy to nie brak silnych więzi rodzinnych powoduje, że umierający nie widzą sensu życia do końca?

Być może. Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć, bo nie znam realiów społeczeństw, które ją sankcjonowały prawem. Na szczęście u nas dużo jest dobrych wzorców, bliskości w rodzinach. One z pewnością pomagają dojść choremu do końca. 

Rozmawiamy o poważnych, smutnych, eschatologicznych sprawach. Zdradza się Państwu żartować? Krążą anegdoty o podopiecznych?

Oczywiście. Tych drugich jest mnóstwo. Mieliśmy straszą panią doktor, złapała dobry kontakt z chorą, a ta wreszcie się odważyła i zapytała ją o wiek. Gdy usłyszała odpowiedź, przeraziła się i powiedziała: a kto mnie będzie leczył, gdy pani doktor umrze. Dodam, że lekarka żyje, a  jej podopieczna już nie.

 

Link do wywiaduhttp://nz24.pl/publicystyka/nigdy-nie-odbieramy-nadziei/

 

 

Nasze Fotki

  • Skałki 1
  • skałki 2
  • skałki 3
  • skałki 4
  • 01
  • 02